02.03.2016

... przedwiośnie

Przedwiośnie! 
Przebiega kot przez podwórze. 
Ostrożnie omija kałuże: 
-Brrr! Wszędzie woda i woda. 
To nie dla kota pogoda! 
Jest mokro. Jest szaro. Nieznośnie. 
Przedwiośnie... 
Wiadomo, przedwiośnie! 
A wiosna, gdzież się podziewa? 
Za jakie skryła je drzewa? 
W leszczynach się chowa czy klonach, 
słoneczna, promienna, zielona? 
Na razie są tylko bazie. 
I kotki na wierzbie - na razie...





06.01.2016

... Artaban ... czwarty król





Czwarty Mędrzec Wschodu

     Znacie zapewne opowieść o trzech Mędrcach Wschodu (zwanych też Trzema Królami), którzy zobaczywszy gwiazdę podążyli za nią do Betlejem, ażeby złożyć swe dary u stóp Dzieciątka Jezus.
     A czy słyszeliście o Czwartym Mędrcu, który też poszedł śladem owej cudownej gwiazdy, lecz nie stanął wraz z braćmi przed obliczem Dzieciątka? Czy słyszeliście o jego wędrówkach i próbach, o jego niezmordowanych wieloletnich poszukiwaniach, o jego tęsknocie nieutulonej i o zwycięstwie, które przyszło w chwili ostatecznego zwątpienia?
     Opowiem Wam jego dzieje, zebrałem je bowiem z urywków snów podsłuchanych w przybytku Serca Ludzkiego.
     Było to za czasów panowania możnego cezara Augusta, kiedy Herod władał Jerozolimą. Wówczas to w górach perskich żył pewien mąż, Mag, zwany Artaban. Był on Medem. Jego dom stał w mieście Ekbatana, tuż koło skarbca królewskiego. Artaban umówił się ze swoimi braćmi Magami - Kasprem, Melchiorem i Baltazarem - że wyruszą razem do Jeruzalem powitać nowo narodzonego króla Izraela. Sprzedał więc dom i wszystkie swoje włości, a za otrzymane pieniądze kupił trzy klejnoty: szafir, rubin i perłę, i postanowił je zawieźć w darze Królowi.
     Artaban, Mag z miasta Ekbatany, pędził co koń wyskoczy... Przez równinę Nisean, słynną ze stad dzikich koni, przez urodzajne pola Konkabaru, przez góry i doliny... Mijał sady figowe i brzoskwiniowe, pola ryżowe, gaje tamaryszków i topoli...
     Ani Ctesiphon, stolica partyjskich królów, nie zdołała go zatrzymać, ani rozlane wody Tygrysu i Eufratu nie były dla niego przeszkodą. Nareszcie, po dziesięciu dniach trudów i udręki, stanął wieczorem pod murami Babilonu. Wazda upadał ze znużenia, a i Artaban czuł, że siły go opuszczają, lecz w mieście nie mógł się zatrzymać, bo do świątyni Siedmiu Sfer było jeszcze dobre trzy godziny drogi: trzeba było zebrać ostatki sił, by zdążyć na oznaczone miejsce przed północą.
     Tuż za Babilonem rozciągała się wielka piaszczysta pustynia, na której tu i ówdzie zieleniały maleńkie oazy, niby wyspy na oceanie piasku. Właśnie przejeżdżali przez jedną z tych wysepek, gdy nagle Wazda zwolnił biegu. Im bardziej zagłębiał się w cień rozłożystych palm, tym ostrożniej stąpał i tym większy zdradzał niepokój. Dokoła panowała iście grobowa cisza, ani jeden listek nie zaszeleścił, ani jeden ptak nie poruszył się w gałęziach. Wazda pochylił głowę ku ziemi i stąpał lekko i ostrożnie. Nagle chrapnął przerażony i przystanął. Tuż przed nim leżała na ziemi jakaś ciemna postać. Artaban zeskoczył z konia i pochylił się nad zagadkową postacią. Był to człowiek, otulony w łachmany, chudy i wynędzniały. Na jego twarzy widniały ślady śmiertelnej febry, która panowała w całej okolicy, a która widocznie jego dotknęła. Artaban ujął go za rękę, lecz zimna była jak ręka trupa, a kiedy ją puścił, opadła bezwładnie na piersi chorego.
     - Trzeba śpieszyć się w drogę - pomyślał Artaban i odwrócił się od leżącego na ziemi człowieka, pozostawiając go losowi, jaki czeka tych wszystkich, którzy padną wśród pustyni. Stada hien i sępów czyhają już na nich, żeby wyprawić sobie pustynne gody, a wiatr pogrzebie białe, czyste kości w piachu i nawet ślad po nich nie zostanie. Nagle z ust chorego dobył się rozpaczliwy jęk i ręka ostatnim wysiłkiem chwyciła Artabana za płaszcz. Serce zamarło w Artabanie ze strachu, nie tyle przed chorym, lecz na myśl, że może się spóźnić. Przecież nie mógł tu pozostać, żeby ratować tego nieznanego biedaka, którego życie i tak dobiegało końca... Jeśli spóźni się do Borsippy, wówczas towarzysze - wielcy Magowie: Kasper, Melchior i Baltazar - pomyślą, że zrezygnował z wyprawy i sami bez niego pojadą. Lecz gdyby tu pozostał, gdyby spróbował ratować tego człowieka, kto wie czy jeszcze to by mu się udało? Czy nagroda, jaka go czeka, gdy zobaczy swego Króla, nie jest dla niego ważniejsza niż spełnienie czynu miłosierdzia wobec obcego, nieznanego nędzarza? Czy wolno mu zatrzymać się w tej świętej pielgrzymce po to tylko, żeby konającemu Żydowi podać łyk wody?
- Boże Prawdy, Boże Miłosierdzia, wskaż mi drogę, bom słaby i niewidomy - modlił się Artaban.
     I widać Bóg go oświecił, bo nagle pochylił się nad chorym, wziął go ostrożnie na ręce i zaniósł na skraj oazy, gdzie było nieco widniej. Tu zdjął mu ostrożnie turban, rozluźnił zaciśnięty na biodrach pas, przyniósł wodę z pobliskiego strumyka i zwilżył nią skronie i usta chorego. Potem wyciągnął z zanadrza woreczek z lekami i dał choremu parę kropel do wypicia. Godzina mijała za godziną, a Artaban nie ustawał w pracy. Lecz wysiłek jego nie pozostał bez skutku. Po jakimś czasie chory otworzył oczy i spojrzał na Artabana zupełnie przytomnie.
- Ktoś ty - zapytał Maga - co cię skłoniło, żebyś mnie biedaka przywracał do życia?
- Ja jestem Artaban, Mag z miasta Ekbatany, jadę do Jeruzalem, ażeby odszukać nowo narodzonego Króla żydowskiego, który ma być Zbawcą świata. Nie mogę tu dłużej pozostać, bo karawana czeka na mnie w Borsippie. Masz tu chleb i wino, to moje jedyne zapasy, a tu są zioła, które ci zdrowie przywrócą. Jak poczujesz się silniejszym, to wstań i idź do Babilonu, tam znajdziesz Żydów, którzy ci pomogą. Stary Żyd słuchał słów tych z zapartym oddechem, wreszcie podniósł wychudzoną, drżącą rękę i rzekł:
- Niech Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba błogosławi wszystkim twoim krokom. Pokój Jego niech będzie z tobą. Ja nędzarz nic ci w zamian dać nie mogę, to tylko ci powiem, że Mesjasz, którego szukasz nie w Jerozolimie się urodzi, lecz w Betlejem, mieście judzkim. Tak przepowiadali nasi prorocy. Idź i niech Pan czuwa nad tobą, boś okazał choremu miłosierdzie.
     Za chwilę Artaban był już daleko. Wazda wypoczęty mknął teraz przez piaski pustyni. Już w oddali rysowała się sylwetka góry Nimroda, ze stojącą na jej szczycie Świątynią Siedmiu Sfer. Lecz na próżno Artaban wytężał swe oczy, ani przy świątyni, ani w dole na pustyni nie było śladu karawany. Strome, skaliste zbocza Nimroda mieniły się w promieniach wschodzącego słońca jak koncha muszli perłowej...
     Artaban zatrzymał konia u stóp góry, a sam począł się piąć po skalistym zboczu. Serce zamierało mu z trwogi na myśl, że może nie zastać towarzyszy. W końcu stanął przed frontonem świątyni. Trzej Magowie musieli już dawno to miejsce opuścić, bo cała równina w dole była pusta aż po najdalsze kręgi horyzontu. Tylko gdzieniegdzie majaczyły wśród piachów sylwetki szakali szukających żeru. Nagle oczy Artabana padły na małą piramidkę ułożoną z okruchów cegieł tuż na krawędzi tarasu. W jej głębi jaśniał zwój pergaminu. Wydobył go skwapliwie, rozwinął i czytał: "Czekaliśmy do północy. Dłużej pozostać nie możemy. Jedziemy odszukać Króla. Jeśli chcesz, jedź naszym śladem". Artaban usiadł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach.
- Co pocznę? - rozmyślał. - Jakże mogę udać się w tak daleką drogę bez wody, bez jedzenia. A i koń mój zdrożony nie pójdzie już dalej. Chyba wrócę do Babilonu, sprzedam szafir, a za to kupię karawanę wielbłądów i zapas żywności na drogę. O, żebym choć dogonił moich braci! A może nie znajdę mego Króla, może oczy moje nigdy Go nie zobaczą, dlatego, że spóźniłem się, bo okazałem miłosierdzie biednemu człowiekowi?
Po niesłychanych wysiłkach i trudach dotarł nareszcie do Betlejem. Lecz jego braci już tam nie było. Oni spełnili swoje zadanie, odszukali boską Dziecinę, a u Jego stóp złożyli swe dary - złoto, kadzidło i mirrę. Czwarty Mędrzec wiózł także dary bezcennej wartości - rubin czerwony, jak brzask skwarnego dnia, i perłę opałową, jak szczyt ośnieżonej góry, na której mienią się jeszcze ostatnie blaski zachodu.
- To nic, że się spóźniłem i że swój dar będę musiał sam składać u stóp mego Pana - rozmyślał Artaban. - Jestem w Betlejem i za chwilę ujrzę Światłość wschodzącą nad światem. Oby Go tylko ujrzeć jak najprędzej!
     Wjechał w główną ulicę Betlejem, lecz miasteczko wyglądało jakby wymarłe, nigdzie nawet śladu człowieka.
- Pewnie wszyscy wyszli w góry po trzodę - rozumował Artaban.
     Wtem z jednego domku doleciał go dźwięczny śpiew kolędy. Czym prędzej zwrócił tam swe kroki i wszedł do wnętrza. W małej, lecz schludnej izdebce ujrzał młodą kobietę, która właśnie usypiała dziecko na rękach. Zagadnięta przez Artabana, zaczęta mu opowiadać, że przed trzema dniami jacyś nieznani dostojnicy przybyli do Betlejem z dalekiego Wschodu. Mówili, że gwiazda ich zawiodła do domu, gdzie właśnie przebywał Józef z Nazaretu z małżonką swoją Maryją i tam znaleźli Dziecię, które szukali i któremu złożyli bogate, piękne dary. Niedługo potem możni dostojnicy opuścili naszą mieścinę, a zaraz po nich umknął i Józef z Maryją i Dzieciątkiem. Powiadają, że uciekł do Egiptu, bo bał się o życie dziecka. Nie wiem, ile w tym prawdy - mówiła kobieta - ale to pewne, że od czasu ich zniknięcia coś ciąży nad naszym miastem, jakby mu jakieś niebezpieczeństwo groziło. Podobno żołnierze rzymscy mają przybyć z Jeruzalem i nowe podatki z nas ściągać. Dlatego tak pusto w mieście, bo mężowie nasi poszli ze stadami w góry, żeby ich nie dać żołnierzom.
Tymczasem malec drzemiący na rękach matki rozbudził się na dobre. Obcy przybysz wzbudził w nim niebywałe zaciekawienie, bo maleństwo wyciągało obie rączki do złotego kręgu, który widniał na piersiach Artabana i tak czule się doń uśmiechało, że Magowi serce silniej w piersiach zabiło...
Zamyślił się Artaban:
- Król i Pan powędrował do Egiptu, lecz ja Go i tam odszukam... Tymczasem matka dziecięcia położyła maleństwo do kołyski i zaczęła się krzątać po izbie, ażeby ugościć obcego wędrowca... Wtem zgiełk jakiś podniósł się na ulicy. Słychać było krzyk i płacz kobiet, odgłosy trąb, szczęk oręża; ktoś zawołał:
- Ratunku! Żołnierze Heroda mordują nasze dzieci...!
     Słysząc to, młoda matka zbladła z przerażenia. Pochwyciła swego synka w ramiona i ukryła się z nim w najciemniejszym kątku izby. Artaban stanął w progu domu, gotów go bronić do ostatka. Jego ogromna postać wypełniła całe odrzwia. Uliczka zaroiła się od żołnierzy...
     Na widok Maga zatrzymali się na chwilę i w twarzach dał się odczytać wyraz niepewności i obawy. Wtem z gromady wysunął się młody oficer, i zbliżywszy się do Artabana, chciał go ręką odsunąć na bok. Artaban ani drgnął. Jego twarz była tak spokojna, jakby patrzył na gwiazdy i czytał w nich tajemnicze losy życia. Oczy na wpół przymknięte zdawały się patrzeć w jakąś niezmierzoną dal. Przed takim spojrzeniem nawet drapieżny lampart się cofa, toteż młody oficer zawahał się i podniesiona przed chwilą ręka opadła mu bezwładnie.
     Teraz Artaban zwrócił na niego swe spojrzenie i rzeki dobitnie:
- Sam jestem w tym domu i pragnę w nim sam pozostać. Oto nagroda dla mądrego oficera, który zechce dom mój zostawić w spokoju... Mówiąc to, wyciągnął zza pasa rubin bajecznej piękności i położył go na rozwartej dłoni. Młody oficer oniemiał na widok tak wspaniałego klejnotu. Chciwie wyciągnął rękę po skarb i ukrywszy go głęboko w fałdach płaszcza, zawołał do żołnierzy:
- Naprzód! W tym domu nie ma dziecka...
     Na te słowa wyczekująca gromada żołnierzy rozproszyła się. Pobiegli dalej szukać nowych ofiar. Mag wszedł do izby i stanąwszy pod oknem zaczął się modlić:
- Boże Prawdy - łkała jego zbolała dusza - wybacz, że kłamstwem skaziłem swe usta. Uczyniłem to dla dziecka, żeby ratować je od śmierci. Oto dwa dary, które przeznaczyłem dla Boga - szafir i rubin - oddałem ludziom. Teraz nie będę godny, aby spojrzeć w oblicze mego Króla. Tak modlił się Artaban, a stojąca w głębi izby rozradowana matka, tuląc do piersi swego jedynaka, szeptała:
- Niech cię Bóg stokrotnie nagrodzi, dobrodzieju ty nasz najlepszy, za to, żeś uratował życie mego synka. Niechaj Pan spojrzy na ciebie łaskawym okiem i niech zleje na ciebie wszystkie dary nieba. Pokój Jego niech będzie z tobą...
     Nadaremnie Artaban szukał w Egipcie swego upragnionego Króla. Chociaż jednak nie znalazł w tej wędrówce Króla, przed którym mógłby paść na kolana, aby Go uczcić i uwielbić, znajdował ludzi, dla których jego obecność była jedyną osłodą w ich cierpieniu. Pokrzepiał słabych, przyodziewał nagich, leczył chorych, pocieszał więźniów...
     I tak płynęły jego dni i lata...
     Jego życie wydawało mu się jednostajne i bezbarwne, tak jak gdy patrzymy na czółenko tkackie, które wciąż tę samą przebiega drogę, wlokąc za sobą nić to szarą, to błękitną, to szkarłatną.
     Dopiero gdy droga jego dobiegnie końca, gdy zdejmiemy z warsztatu tkaninę, wówczas dopiero widzimy całość wzoru pełną krasy.
     Trzydzieści trzy lata upłynęło od chwili, gdy Artaban wyruszył na poszukiwanie Światła. Zesłabł już i postarzał się w tej ustawicznej pielgrzymce. Zmęczony był, słaby i stary, lecz mimo to nie ustawał w poszukiwaniach.
     Właśnie przybył do Jeruzalem, aby raz jeszcze przejść wszystkie jego zaułki. Był tu już tyle razy, znał-każdą uliczkę, wszystkie najuboższe domy, lecz nigdy i nigdzie nie udało mu się napotkać śladu swego Pana. Mimo to w duszy coś szeptało mu, że tu Go odnajdzie...
     Żydzi obchodzili święto Paschy...
     Na ulicach panował ruch, zgiełk, hałas. Od czasu do czasu jakiś dreszcz przebiegał zatłoczone ulice. Zgiełk podnosił się, to znów przygasał. Wszyscy gdzieś się spieszyli, popychali i wzajemnie wyprzedzali. Artaban przyłączył się do tej fali, a znalazłszy gromadkę Żydów z Parthy, z jego rodzinnych stron, przybliżył się do nich i rozpoczął z nimi rozmowę.
- Chodź z nami, Artabanie - rzekł jeden z Żydów - idziemy teraz na Golgotę, gdzie odbędzie się ciekawa egzekucja. Cóż to, ty nie wiesz o tym? Wszak mają dziś stracić dwu złoczyńców i jakiegoś Człowieka, którego zwą Jezusem Nazareńskim. Podobno ten Jezus wielkie cuda czynił między ludźmi i lud Go kocha, ale kapłani i starszyzna zażądali Jego śmierci, bo mówi o sobie, że jest Synem Boga i Królem żydowskim. Piłat skazał Go na ukrzyżowanie.
     Artaban słuchał, a słowa te padały w jego duszę jak ożywcza rosa. Trzydzieści trzy lata wędrował, ażeby je nareszcie posłyszeć... A więc to wszystko było prawdą? Król się narodził, lecz ludzie Go odepchnęli, wyszydzili i teraz oto miał skonać na krzyżu. A jeśli to nie ten sam, który urodził się w Betlejem, którego przyjście głosiła gwiazda, o którym mówili mędrcy i prorocy? Ta niepewność dręczyła Artabana.
- Wszystko mi jedno - pomyślał - pójdę Go zobaczyć. Kto wie, może On jest naprawdę moim Panem, moim Królem, może zdołam Go jeszcze wyratować? Wszak mam jeszcze jeden klejnot, którym mogę Go z rąk katów wykupić. Tak rozmyślając, podążył wraz z tłumem ku bramie miasta. Minęli ostatnie domy miejskich straży, gdy wtem oddział macedońskich żołnierzy zajechał im drogę. Żołnierze pędzili przed sobą młodą dziewczynę całą w łachmanach. Widać było, że znęcali się nad nią. Artaban spojrzał na dziewczynę oczyma pełnymi litości i mimo woli przystanął. Widząc to dziewczyna, przypadła ku niemu, objęła jego nogi i szlochając wołała:
- Ratuj mnie, panie! W imię Boga Czystości, któremu służysz, nie daj mnie zbezcześcić. Jestem córką partyjskiego kupca. Mój ojciec umarł i teraz za jego długi chcą mnie sprzedać jako niewolnicę. Ratuj mnie przed hańbą, która jest gorsza od śmierci!
- Mówiąc to, całowała stopy Artabana i taka rozpacz była w jej oczach i głosie, że serce w Artabanie zamarto. Znalazł się znów na rozdrożu, jak wówczas w oazie i potem w Betlejem. Miłość nakazywała co innego, a co innego podszeptywała jego głęboka wiara i tęsknota jego życia. Już dwa razy oddał ludziom dar przeznaczony dla Boga. Oto przyszła nań trzecia próba - i ostatnia. Czyżby to była próba, czy kuszenie jego duszy? Jedno czuł, że jakkolwiek długo trwałaby walka, wynik będzie ten sam, bo jest nieunikniony.
- Boże mój, Boże! - wołał w głębi duszy. - Powiedz, czy Światłość najwyższa nie leży w miłości? I nie czekając już na nic wydobył perłę, swój ostatni klejnot, i złożył ją w ręku dziewczęcia.
- Weź to córko, to twoja zaplata. Daję ci ostatni skarb, jaki chowałem dla mego Króla...
Jeszcze nie domówił tych słów do końca, kiedy nagle ciemność zaległa cały kraj. Ziemia zaczęła drżeć i w głębi jej łona dał się słyszeć głuchy pomruk jakby dalekiego grzmotu. Na ulicach wszczął się popłoch i zamęt. Mury pękały, a obluźnione kamienie zaczęły się sypać przechodniom na głowy. Wiatr podnosił całe chmury kurzu, który wżerał się w oczy, w usta i w gardła. Tłum rozpierzchł się jak stado przerażonych owiec. Tylko Artaban został z uratowanym przez siebie dziewczęciem. Nie uciekał, bo i czego miał się obawiać? Przecież jego życie tak jakby się skończyło. Przed chwilą rozstał się z ostatnim darem, którym miał wykupić życie swego Króla. Sam zerwał ostatnią nitkę nadziei i oto teraz wędrówka się skończyła, chociaż Króla nie znalazł, celu nie osiągnął. Schodził z areny życia pokonany. A jednak mimo wszystko uczucie ciszy i spokoju ogarnęło jego duszę. Nie było to uczucie rezygnacji, poddania się. To było coś o wiele piękniejszego. W głębi duszy miał to głębokie przekonanie, że szedł właściwą drogą. Zapewne jego czyny były niedoskonałe, lecz wypływały z najświętszych, najczystszych po- budek jego duszy. Wierze swojej, swoim przekonaniom był wierny przez całe życie. Szukał światła, szukał objawienia, a jeśli go nie znalazł, nie jego w tym wina. Czuł, że gdyby mu było dane przeżyć to życie jeszcze raz, od początku do końca, nic by w nim nie poprawił, nic by w nim nie zmienił.
     Wtem ziemia zatrzęsła się raz jeszcze, poruszyły się domy, tu i ówdzie rozległ się trzask i łoskot walących się murów. Ze szczytu domu, pod którym stał Artaban spadł odłamek muru i uderzył go w głowę. Dziewczyna widząc, że starzec blednie i słania się na nogach, pochwyciła go w swe silne ramiona i położyła na ziemi. Potem pochyliła się nad nim, gdy nagle usłyszała głos, jakiś cichy, dźwięczny glos, który płynął jakby z przestworzy. Dziewczę podniosło głowę, żeby zobaczyć, kto mówi, lecz okna domu były zamknięte i na całej ulicy nie było nikogo. Nagle wargi Artabana poruszyły się, jakby chciał coś mówić. Po chwili dziewczyna usłyszała te dziwne słowa:
- Nie tak, Panie, nie tak... Czy ja Cię kiedy głodnego nakarmił, spragnionego napoił? Czy otworzyłem wrota swego domu przed Tobą, strudzonym wędrowcem? Czy Ciebie nagiego przyodziałem, chorego nawiedziłem? Trzydzieści trzy lata Cię szukałem, lecz oblicza Twego nigdy nie widziałem i nigdy Ci w niczym nie usłużyłem...
     Artaban umilkł i znów dał się słyszeć ten sam głos co poprzednio, lecz tym razem wyraźniej, tak że dziewczyna mogła już zrozumieć słowa:
- Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, cokolwiek uczyniłeś jednemu z najmniejszych tych braci, Mnie uczyniłeś.
     Na te słowa twarz Artabana zajaśniała dziwną jasnością, a z jego ust wydobyło się westchnienie, ostatnie westchnienie radości i ulgi. Jego wędrówka skończyła się, dary zostały przyjęte. Czwarty Mędrzec Wschodu znalazł swojego Króla.

09.12.2015

... zielono mi ..... a święta tuż tuż

A w kominie szurum burum,
a na polu wiatr do wtóru,
a na chmurze bal do rana,
a pogoda rozśpiewana.

Zielono mi i spokojnie,
zielono mi,






28.11.2015

CUDOTWORZENIE

..... za chwile Święta 
... a ja na stronie Fundacji Gajusz znalazłam te tekst o cudotworzeniu
beszczelnie go skopiowałam .... bo warto go przeczytac i chwile się zastanowić
po co nam te ozdoby jak nie bedzie komu je dać. 

.... myśle ze nikt z fundacji nie pogniewa sie na mnie że skopiowałam ten tekst.



CUDOTWORZENIE

Organizm małego dziecka jest nadal tajemnicą i przedmiotem wielu badań naukowych.

Mózg ma bowiem niezwykłe zdolności regeneracyjne, zastępuje bezpowrotnie uszkodzone komórki innymi. Ta olbrzymia plastyczność mózgu sprawia, że zawsze są szanse na poprawę stanu neurologicznego dziecka. Szczególnie niemowlęcia, bo mózg najintensywniej rozwija się do trzeciego roku życia.
Uszkodzone wcześniaki kierowane są do hospicjum domowego, ponieważ trudno ocenić jakie są medyczne rokowania. Ale wiadomo, że potrzebują wysokospecjalistycznej opieki, sprzętu pomagającego oddychać, monitorowania oddechu, ale przede wszystkim życia w rodzinie, dotyku, obecności, miłości.

To konieczne warunki, żeby ich mózg mógł się rozwijać.

W razie konieczności trafiają do Pałacu - Stacjonarnego Hospicjum dla Dzieci, w którym nianie starają się zastąpić mamę.
Najmniejsi pacjenci zaskoczyli nas najbardziej. Często przedstawiani w mediach jako cuda medycyny, są dowodem na możliwości adaptacyjne i regeneracyjne małego organizmu.
Dlatego trzeba podarować maluchom tę szansę!

Piętaszek urodził się w piątym miesiącu ciąży z dysplazją oskrzeli i płuc, poważnymi wadami ortopedycznymi, niedotleniony. Lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie. Przekonali rodziców, żeby nie związywali się z synkiem, bo ten umiera.
Noworodek jednak przeżył..

Miał pięć miesięcy, kiedy trafił do naszego Pałacu. Od pierwszego dnia był noszony, tulony i codziennie rehabilitowany. Po kilku tygodniach stał się cud! Dziecko zaczęło się rozwijać. Piętaszek zaskakiwał nas każdego dnia nowymi umiejętnościami, uśmiechem, chęcią życia.
Od tamtego czasu minęły dwa lata.

Książę - z naszą pomocą - wrócił do rodziców! A kilka tygodni temu wbiegł do fundacji! Roześmiany blondas, który pokonał śmierć, samotność i zakpił z medycyny…

Nasza księżniczka Walentynka miała przeżyć kilka dni - dziś ma półtora roczku, siedzi, usiłuje wstawać.
Nasz trzeci cud to Natka - zupełnie zdrowa w domu. Kiedy trafia do nowego lekarza, ten zawsze żąda dokumentacji medycznej, bo nie wierzy w historię opowiadaną przez rodziców…

Każda konsultacja kończy się pytaniem czy mama i tato wiedzą, że stało się niemożliwe, że stan tego dziecka jest niewytłumaczalny.
Oczywiście dla większości małych pacjentów hospicjum rehabilitacja jest konieczna, ale po to, żeby nie cierpieli, nie mieli przykurczów mięśni, żeby choroba postępowała wolniej, mniej agresywnie. To bardzo ważne - dzieciństwo bez bólu to cel i misja opieki paliatywnej.

Bardzo Was prosimy pocudotwórzcie trochę i wyślijcie przelew na rehabilitację małych pacjentów hospicjum…



CHCĘ POMÓC CHORYM DZIECIOM
JAK MOŻESZ NAM POMÓC?NUMER NASZEGO KONTA:
 Pekao PKOPPLPW 80 1240 1545 1111 0010 6257 1028
Fundacja Gajusz ul. Dąbrowskiego 87 93-271 Łódź






18.11.2015

.... nie przegap !!!



LEKCJA DLA NAS WSZYSTKICH

Taksówkarz z Nowego Jorku napisał:
Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Był późny wieczór, pomyślałem że klient się rozmyślił i wrócę do "bazy"... ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...

Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.

U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.

Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.

"Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.

Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.

Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę."

"Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?

"To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.
"Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum."
Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..."

Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?"

Przez kilka godzin jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.

Jechaliśmy przez okolicę, w której żyli z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła abym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.

Czasami prosiła,by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.

Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.

Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi.
Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

"Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki.

"Nic", odpowiedziałem.

"Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała.

"Są inni pasażerowie," odparłem.

I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.

"Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję".

Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia.

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?

Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.

Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich..

09.10.2015

... Łódź - moje kolorowe miasto

Łódź
to ważny ośrodek kulturalny na mapie Polski i Europy. Zwana Miastem Czterech Kultur, przez lata rozpoznawana była głównie jako miasto filmu. W ostatnich latach coraz częściej mówi się o Łodzi jako mieście festiwali, których w kalendarzu kulturalnym jest kilkadziesiąt w roku. „Festiwal Kinetycznej Sztuki Światła” Light.Move.Festival. to doskonałe narzędzie promocji miasta, historii jego architektury i dziedzictwa kulturowego.





.... a jutro będzie więcej.

25.08.2015

... oswajanie liska - spotkanie z dziećmi

.... byli na filmie Mały Książe 
i dzieci zakochały się w lisku
zrobiły projekt i szukali osoby która im go uszyje 
i jest ..... lisek
radość dzieci bezcennna 

o tym jak Lisek był oswajany 

- Dzień dobry - powiedział lis.
- Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł. [...]
- Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny...
- Jestem lisem - odpowiedział lis.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"?
- Nie jesteś tutejszy - powiedział lis. - Czego szukasz? [...]
- Szukam przyjaciół. Co znaczy "oswoić"?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
- Zaczynam rozumieć - powiedział Mały Książę. - Jest jedna róża... zdaje mi się, że ona mnie oswoiła... [...]
- [...] - westchnął lis i zaraz powrócił do swej myśli: - Życie jest jednostajne. [...] To mnie trochę nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu...
Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię... oswój mnie - powiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.
- Poznaje się tylko to, co sie oswoi - powiedził lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest źródłem nieporozumieć. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej...
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
- Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład o czwartej po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony: poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się przygotowywać... Potrzebny jest obrządek.
- Co znaczy "obrządek"? - spytał Mały Książę.
- To także cos całkiem zapomnianego - odpowiedział lis. - Dzięki obrządkowi pewien dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin. [...]
W ten sposób Mały Książę oswoił lisa. A gdy godzina rozstania była bliska, lis powiedział:
- Ach, będę płakać! [...]
- A więc nic nie zyskałeś na oswojeniu?
- Zyskałem coś ze względu na kolor zboża - powiedział lis, a później dorzucił: - Idź jeszcze raz zobaczyć róże. Zrozumiesz wtedy, że twoja róża jest jedyna na świecie. Gdy przyjdziesz pożegnać się ze mną, zrobię ci prezent z pewnej tajemnicy.
Mały Książę poszedł zobaczyć się z różami.
- Nie jesteście podobne do mojej róży, nieMACIE jeszcze żadnej wartości - powiedział różom. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim był dawniej lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie.
Róże bardzo się zawstydziły.
- Jesteście piękne, lecz próżne - powiedział im jeszcze. - Nie można dla was poświęcić życia. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ ją właśnie podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ ją właśnie osłaniałem. [...] Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej milczenia. Ponieważ... jest moją różą.
Powrócił do lisa.
- Żegnaj - powiedział.
- Żegnaj - odpowiedział lis. - A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu.
- Ponieważ poświęciłem jej wiele czasu... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Ludzie zapomnieli o tej prawdzie - rzekł lis. - Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.
- Jestem odpowiedzialny za moją różę... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.